Moja podróż ku przemianie
Zawsze wydawało mi się, że byłam zwyczajnym dzieckiem, które nie wyróżniało się niczym szczególnym. Nie miałam żadnych talentów, o których mogłabym pisać chociażby w wypracowaniach szkolnych. Teraz wiem, że jednak byłam wyjątkowa ponieważ każdy z nas właśnie taki jest. Trzeba tylko w to wierzyć, a właśnie w tym miejscu zazwyczaj jesteśmy zblokowani. Będąc obecnie na przepięknej ścieżce wewnętrznej przemiany, niemal każdego dnia otwieram kolejne drzwi do mojej duszy, które do tej pory były zamknięte. Spotykam za nimi różne wspomnienia zarówno z dzieciństwa, jak i młodości czy również z dorosłego już życia. Jednym z nich jest na przykład taka wizja … mam kilka lat, siedzę w naszym mieszkaniu, jak mieliśmy zwyczaj mówić „w środkowym pokoju” i czuję jak moja świadomość przebywa poza moim ciałem. Jestem gdzieś daleko ponad nim. Ten obraz z przeszłości widzę bardzo wyraźnie. Dziś jestem świadoma, że to była medytacja. Praktyka duchowa młodego człowieka, który nie zdawał sobie z tego sprawy. Takie sytuacje towarzyszyły mi również w kolejnych latach życia, a ja przekonana byłam, że jestem skryta i zamknięta w sobie. Pamiętam również, że tym stanom towarzyszyła potrzeba spisywania swoich refleksji. Najpierw układałam krótkie wierszyki o kolegach i koleżankach z klasy. Potem zaczęłam pisać pamiętniki. Jako nastolatka miałam ich już pokaźny stosik. Niestety pewnego dnia postanowiłam je spalić. Nie pamiętam dokładnie jakie emocje mną wtedy kierowały, wydaje mi się jednak, iż był to lęk przed tym, że ktoś je kiedyś przeczyta i pozna moje myśli i uczucia. A ja się wtedy ich chyba po prostu wstydziłam … Będąc już dorosłą kobietą moje myśli cały czas krążyły wokół pragnienia o ponownym pisaniu. Jednak za każdym razem kiedy sięgałam po zeszyt i długopis jakieś podszepty w mojej głowy stawiały temu opór. Blokowałam się i nie byłam w stanie zacząć. Dopiero teraz na mojej nowej drodze piszę znowu, każdego dnia przelewam na papier to co czuję, oczyszczam swoją duszę, a jednocześnie niesamowicie się przy tym rozwijam. Moje dzienniki są moimi małymi cudami, każdy z nich dedykuje ukochanemu Mężowi i moim cudownym Córkom.
Ostatnie kilka lat przeżyłam w stałym powracającym lęku, który po cichutku, powolutku, małymi kroczkami narastał z dnia na dzień. Spowodowany on był wieloma czynnikami, o których nie chcę się rozpisywać ponieważ podobne problemy ma większość z nas. Przeżyłam jednak trochę jako matka, zachorowałam na nieuleczalną chorobę, z którą będę się zmagać do końca życia, musiałam stawić czoło wielu bardzo trudnym życiowym sytuacjom. I mimo, że zawsze uważałam się za bardzo szczęśliwego i radosnego człowieka, posiadałam w sobie ogromne pokłady lęku.. W którymś momencie życia, kilka lat temu na skraju załamania trafiłam do psychologa. To był bardzo doby czas. Pracowałam nad sobą, zrozumiałam wiele rzeczy i zawsze wypowiadam się o swojej terapii w samym superlatywach. Proces ten jednak uwolnił tylko mój umysł … nie dotknął natomiast mojej duszy. A ja cały czas czułam, że jest coś jeszcze … nie wiedziałam co, nie umiałam tego nazwać, byłam wciąż jak uwięziony w dłoni motyl. I nadal tkwiłam w pajęczynie lęków. Szukałam jednak dalej …
Na któreś święta „w liście do Mikołaja” zażyczyłam sobie książkę Davida R. Hawkinsa „Technika uwalniania”. Jest to książka naukowa wymagająca dużego skupienia i dojrzałości aby przeczytać ją ze zrozumieniem, a jednocześnie czegoś się z niej nauczyć. Za pierwszym razem nie byłam jeszcze gotowa i chyba około setnej strony odstawiłam ją na półkę. Przeleżała tam rok zanim znowu po nią sięgnęłam. Za drugim razem przeczytałam ją już w całości. Dużo się z niej dowiedziałam i faktycznie zaczęłam stosować w swoim życiu technikę uwalniania. Natomiast ta wiedza nadal nie dotknęła mojej duszy, a ja nadal emocjonalnie błądziłam. Po latach spotkałam się z moją serdeczną koleżanką, z którą już po pierwszym spotkaniu głęboko połączyłam się duchowo. Wprowadziła mnie ona w świat koncertów gongów i godzinami potrafimy rozmawiać na te wyjątkowe tematy, mając przez cały czas ciarki przechodzące przez nasze ciała. Madziu, dziękuję Ci … pojawiłaś się znowu w mym życiu jako zapowiedź pięknych zmian w mojej przyszłości. Niczym szept, który budzi w sercu drżenie jeszcze niewypowiedzianego.
Nie wiem jak to dokładnie się stało i gdzie moją uwagę przykuły te tytuły ale na Dzień Matki w tym roku zapragnęłam od moich Córek dostać książki Agnieszki Maciąg. W pierwszej kolejności sięgnęłam po „Słowa Mocy”. I to był właśnie początek mojej wewnętrznej duchowej przemiany oraz wkroczenie na ścieżkę rozwoju, która nigdy się nie kończy. Po pierwszych stronach lektury wybuchłam spazmatycznym płaczem. To było tak silne uczucie, że długo nie mogłam podnieść się z podłogi. Ten płacz i wewnętrzne oczyszczanie trwały przez kilka dni, a ja chłonęłam słowa Agnieszki spisane na stronach Jej książki. Aż w końcu zaczęły się dziać cuda. Moja dusza zaczęła się uwalniać z sideł, które do tej pory ją krępowały, a ja poczułam jakbym narodziła się na nowo. Zapragnęłam całym sercem być w tym procesie, rozwijać się, kochać i radować każdego dnia. Poczułam ogromną potrzebę dzielenia się tym z innymi i tworzenia swojego świata na nowo. Dzień po dniu uczę się czegoś nowego. Robię piękne rzeczy, o których napiszę w kolejnych postach. Zaczęłam znowu się modlić i głęboko wierzę w sens, piękno i cudowną moc mojej wewnętrznej przemiany.
I choć cały czas pracuję nad swoimi lękami bo miewam również i bardzo słabe dni, to mam wokół siebie niesamowite narzędzia i piękne dusze, które pomagają mi krok po kroku budować wewnętrzny spokój, a strach zamieniać w siłę.
Kochana Duszyczko, która czytasz moje słowa. Ty również możesz w to uwierzyć. Mocno trzymam za Ciebie kciuki.
Z radością w sercu ♥
M.
